Ostatni epizod z niesamowitej przygody Zosi. Fajnie że piszę to na ostatnią chwilę i jeszcze muszę to przetłumaczyć na angielski. Super, nie?

Zosia spojrzała na zegar. Była dwudziesta-trzecia trzydzieści-siedem.

- JEZUS MARIA! – się przeraziła. – Przecież Sylwester!

Wstała z fotela i trzasnęła dupskiem o kibel i najsrała. Potem wzięła i wyszła na dwór.

Wyjęła z dupy laskę dynamitu i podpaliła ją ogniem. Następnie rzuciła nią na drogę i jakieś auto bum wybuchło.

- HA FAJERWERKI! – cieszyła się. – O kurde chyba muszę się wysrać znowu.

Zachciało jej się srać ale nie zdążyła bo przecież właśnie wybiła północ i nikt nie sra teraz tylko oglądają fajerwerki jak świzgają po niebie i robią kolory.

Jakieś dzieci podeszły do Zosi i spytały się ją o coś.

- Ej ty, dlaczego masz taką głupią twarz?

Zosia się wkurzyła i rzuciła na te dzieci magiczne zaklęcie Avada Kedavra i dzieci już nie należały do grona żywych.

Wtedy Harry Potter przyszedł.

- Zosiu, co tu się wyprawia?

- GÓWNO hahahahaha!

Zosia nie oszczędziła Harry’ego Pottera i też go zabiła.

Zosia wróciła do domu Rona, który sobie przywłaszczyła, i wypełniła sobą swój pokój, w którym już czekał na nią upieczony wcześniej keks (to takie ciasto, ale w sumie nawet nie wiem jakie, nigdy nie jadłem, a jeśli jadłem to raczej nie lubię, i w ogóle to znam je tylko dlatego że ma nazwę podobną do kek).

Zosia zjadła keks i poszła spać. Potem wstała rano 1 stycznia i żyła sobie swoim życiem.

KONIEC

I tak się kończy historia Zosi. To chyba była najbardziej żałosna seria grudniowa na tym blogu ( ͡° ͜ʖ ͡°) Przykro mi ( ͡° ͜ʖ ͡°) Do zobaczenia w 2017!